Miasto to nie tylko budynki, ulice, drzewa. Miasto to przede wszystkim ludzie w nim mieszkający. Zrozumieć miasto najlepiej jest za pomocą opowieści właśnie o ludziach. Niektóre z nich mogą być zabawne, inne tragicznie, ale nigdy nie są proste i jednoznaczne. Pokazują wielokulturowość, obyczaje albo kontekst czasów minionych. W tym dziale spróbuje zebrać najciekawsze łódzkie opowieści, odzwierciedlające tę żywą, a nie tylko wypowiedzianą datami i wydarzeniami historię Łodzi.
Jedną z nich jest opowieść o Bruno Bideramannie, polskim patriocie niemieckiego pochodzenia, który po wejściu do Łodzi wojsk sowieckich w styczniu 1945 r. oraz wypędzeniu go ze swego majątku, zabił swoją żonę i córkę, a sam popełnił samobójstwo. Historia, świetnie opisana przez Joannę Podolską, dziennikarkę „Gazety Łódzkiej”, pokazuje skomplikowaną tożsamość Łodzian XIX i pierwszej połowy XX w., tzw. Lodzermenschów, których zdefiniowanie wymyka się prostym podziałom na narodowości. Przedwojenna Łódż była bowiem prawdziwym tyglem kultury, w którym mieszały się nie tylko różne nacje i religie, ale występowało także pewne zróźnicowanie wewnątrznarodowościowe. I tak dla przykładu, Niemcy przybyli w I połowie XIX w. nie pochodzili de jure z Niemiec, bowiem takiego państwa, jako całości jeszcze wtedy nie było,a wspólna tożsamość oraz ogólny, zunifikowany język dopiero się wtedy tworzyły. Dlatego też do Łodzi nie przyjeżdżali tak naprawdę „Niemcy”, ale Saksończycy, Flamandowie (Karol Scheibler był obywatelem belgijskim, ale urodził się w Nadrenii), Bawarczycy lub inni reprezentanci swoich Heimatów – czyli lokalnych, małych ojczyzn. I być może stąd wzięło się to przywiązanie do Łodzi, która szybko stała się właśnie nowym Heimatem przybyłych tu kupców, rzemieślników i przedsiębiorców. Sprawa na pewno nie jest jednoznaczna, ale warto pamiętać, że to właśnie w Łodzi wytworzyła się specyficzna mieszanka kulturowa wielu narodowości; nie tylko tych czterech głównych: Niemców, Polaków, Żydów i Rosjan (choć tych akurat było trochę mniej), ale także Czechów i Ślązaków. Ten tygiel kultury, właściwie funkcjonował bez konfliktów na tle narodowościowym. Dopiero rozbudzone nacjonalizmy tuż przed i w trakcie II wojny światowej doprowadziły do wzajemnej niechęci, a w konsekwencji agresji. O tym już jednak opowiada reportaż Joanny Podolskiej, do którego lektury serdecznie zachęcam.
Kolejną opowieścią, także dotykającą tragicznych zdarzeń jest intrygująca historia Waltera Geneweina, głównego księgowego łódzkiego getta. Dopiero w 1987 r. w jednym z wiedeńskich antykwariatów odkryto kolekcję kolorowych slajdów jego autorstwa, na których uwiecznił codzienne życie getta. Znaleziono także listy jakie wysyłał do AGFY reklamując nie do końca sprawne klisze. Cała historia, wraz z komentarzem ocalałego z getta lekarza Arnolda Mostowicza opowiedziana została w dokumencie Dariusza Jabłońskiego pt. Fotoamator. Film, wyprodukowany w 1998 r., jest rewelacyjny pod względem montażu, muzyki oraz ogólnego pomysłu i realizacji, a ogląda się go „jednym tchem”. Niestety, o ile mi wiadomo nie jest do dostania, ale fragmenty można znaleźć na Youtubie, z niemieckim komentarzem (oprócz polskich wypowiedzi Mostowicza). Warto jednak zapamiętać ten tytuł, bo sam film otrzymał wiele prestiżowych nagród i nie zdziwiłbym się gdyby od czasu do czasu pojawiał się w TVP Polonia lub TVP Kultura. Szczegóły można znaleźć tutaj
Nie jest to może typowa opowieść o konkretnym człowieku, choć dla przykładu podam dwa nazwiska. Właściwie jest to krótka historia, o tym jak jedno odległe, niezależne od nas wydarzenie może wpłynąć na nasze życie.
Łódź, jak wiadomo, była od 1820 r. miastem przemysłowym nastawionym na przemysł włókienniczy z przewagą produkcji bawełnianej nad wełnianą. Można było uzyskać tu ogromne, nie wysoko oprocentowane kredyty na rozwój fabryk i przedsiębiorstw. Jedną z osób, która w pełni z nich korzystała był pierwszy łódzki „Król Bawełny”
– Ludwik Geyer. Ten przybyły z Saksonii fabrykant zbudował cały kompleks fabryczny, mieszczący się dziś przy ul. Piotrkowskiej 280, nazywany od koloru fasady Białą Fabryką.
Obecnie budynek ten należy do Centralnego Muzeum Włókiennictwa, kiedyś jednak pracowało tam do 4,5 tys. osób. Fabryka ta była pierwszą w Łodzi, do której przyjechała z Belgii, z zakładu braci Cockerille maszyna parowa, będąca symbolem nowoczesności ówczesnych czasów. Mimo takich inwestycji (niektórych zresztą kompletnie nietrafionych) oraz dużego rynku zbytu, Geyerowi nie udało się osiągnąć spodziewanych zysków, ani dalszych kredytów przedłużających życie firmy. Jego przedsiębiorstwo ostatecznie upadło przez jedno wydarzenie, mające miejsce tysiące kilometrów stąd.
W tym samym zaś czasie, początkujący fabrykant, Karol Scheibler otrzymawszy kluczową wiadomość potrafił znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie wykonując interes życia.
W ten sposób zmienił się układ sił w fabrykanckiej Łodzi. Jeden przedsiębiorca stracił, drugi zyskał, a wszystko przez... wybuch wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych w 1861 r. Konsekwencją jej wybuchu było zablokowanie portów i odcięcie rolniczego, acz zasobnego południa od dużych dochodów z m. in. z handlu bawełną. Uprzemysłowiona północ, choć biedniejsza, posiadała zdecydowaną przewagę na morzu, co już od początku trwania wojny ustawiło Konfederatów w niewygodnej pozycji. Nie tylko zresztą ich. Stracili bowiem wszyscy importerzy bawełny, oczywiście oprócz wspomnianego już Karola Scheiblera, który powykupywał jej zapasy, sprzedając je później ze znaczną, najczęściej trzykrotną marżą. Dla Geyera był to jednak koniec definitywny, rosnąca cena bawełny, brak możliwości kredytowych oraz dobijający się do drzwi wierzyciele zdecydowały o upadku przedsiębiorstwa
Ta historia posiada jednak szczęśliwy epilog. Bankructwo Geyera i jego upadek nie trwało bowiem długo, choć sam niefortunny fabrykant nie dożył odbudowy imperium zmarłwszy w 1869 r. Kilkanaście lat później jego synowie założyli towarzystwo akcyjne „Zakłady Przemysłu Bawełnianego Ludwik Geyer. Spółka Akcyjna” i zaciągając pożyczki przywrócili fabrykę do dawnej świetności.
Kolejna opowieść, choć interesująca, należy do gatunku smutnych i przygnębiających. Jest to historia świetnie nadająca się na film, być może jednak brak happy endu sprawia, że nie doczekaliśmy jej ekranizacji. Jest to opowieść o wielkiej artystycznej pasji, miłości, nienawiści, wojnie i prześladowaniach, które stały się udziałem dwojga światowej sławy artystów, zamieszkałych w Łodzi po I wojnie światowej. Mowa tu oczywiście o małżeństwie awangardowej rzeźbiarki Katarzyny Kobro (1898 – 1951 r.) z również awangardowym malarzem Władysławem Strzemińskim (1893 – 1952 r.). Początek związku był zaiste hollywoodzki. Oto w szpitalu w Moskwie, młoda, przyszła studentka Moskiewskiej Szkoły Malarstwa, Rzeźby i Budownictwa, pracująca w czasie wojny jako pielęgniarka opiekuje się rannym żołnierzem, kaleką bez nogi i ręki. Okazuje się, iż młody i przystojny mężczyzna także interesuje się sztuką, wkrótce więc podejmuje artystyczne studia, gdzie spotyka się z dawną pielęgniarką. Biorą ślub i parę lat po zakończeniu wojny pragną przedostać się do Paryża, stolicy wszystkich artystów. Niestety, prawdopodobnie z uwagi na kalectwo, wyprawa nie kończy się sukcesem, a młoda para ląduje w Polsce, ojczyźnie Strzemińskiego. Tu też zaczynają tworzyć, a w 1931 r. przenoszą się do Łodzi. Ich wspólne problemy i nie dogadywanie się, nasilają się po narodzinach dziecka – Niki w 1936 r.
Prawdziwy jednak dramat następuje po wybuchu wojny, Kobro wszak jest pół – Niemką i pół – Rosjanką, co w ówczesnej sytuacji stawia ją zawsze w cieniu podejrzeń. Nie mają pieniędzy, a sztuka w czasie wojny przestaje być atrakcyjna. Atmosfera w domu staje się wyjątkowo toksyczna, a główną ofiarą oprócz Kobro jest oczywiście najmłodsza Nika. Po wojnie wcale nie jest lepiej. Strzemiński co prawda pracuje na łódzkiej ASP, której jest współzałożycielem, ale nie mieszkająca już z nim żona i dziecko nie mają się z czego utrzymać. Na fali stalinizmu, wkrótce pracę traci też Strzemiński. Stan zdrowia jego i Kobro znacznie się pogarsza. Paradoksalnie, ich twórczość znana jest już na całym świecie. Paradoksalnie, bo nie ma to żadnego wpływu na ich dramtyczną sytuację życiową. Przed śmiercią oboje zapisują swoje prace Muzeum Sztuki w Łodzi, gdzie do dzisiaj stanowią największą kolekcję ich dzieł.
Całą historię, łącznie z wywiadem z ich córką przeczytać mogą państwo na stronie dziennikarza Remigiusza Grzeli. Może po jej przeczytaniu wybiorą się państwo na grób Katarzyny Kobro (cmentarz prawosławny na Dołach), kładąc na nim niebieskie kwiatki.